Strona główna - Franciszkowie o św. Franciszku - Franciszek Kobryńczuk, profesor zwyczajny w SGGW, członek Związku Literatów Polskich
Franciszek Kobryńczuk, profesor zwyczajny w SGGW, członek Związku Literatów Polskich
Przez życie z Patronem
Było nas dziesięcioro u rodziców, pięć córek i tyluż synów, ja najmłodszy.- Ochrzcimy go Franciszkiem! Takie imię nosił twój ojciec - rzekła mama do mego ojca, gdy się urodziłem 13 listopada 1929 r. Jak powiedziała, tak się stało.
Byłem dziewiątym Franciszkiem w mojej wiosce, leżącej po lewej stronie Bugu na sokołowskim Podlasiu. Każdy z nas – Franciszków - miał końcówkę imienia odpowiednio przekręconą, żeby ludzie wiedzieli, o którego chodzi. Był Francio, Franio, Francisek, Franeczek, Franuś, Francek, Pan Franciszek, Franek i Francuz. Dziś spośród nich zostałem sam. Młodsi i starsi ode mnie odeszli do Pana, by pełnić w niebie te same obowiązki, co na ziemi.
Wszystkie kobiety zamężne w naszej wiosce należały do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Nosiły własną chorągiew podczas ceremonii kościelnych, na której Święty był wyhaftowany w brązowym habicie, przepasany białym sznurem, z Dzieciątkiem na ręku. One same były ubrane w brązowe kostiumy. Na co dzień nie różniły się strojem od innych wieśniaczek. Nosiły sukienne szkaplerze, a przed włożeniem wierzchniego stroju przepasywały się białym sznurkiem. Nazywały się Tercjarkami. Spotykały się na modlitwach, wymieniały tajemnice różańcowe.
Mało jeszcze wiedziałem o moim Patronie. Oprócz czupryny podobał mi się. Pragnąłem też nosić na rękach Jezuska. Było to tylko marzenie, bowiem już wtedy uważałem się za człowieka grzesznego, choć jeszcze nie miałem 10 lat. Na pewno koledzy rówieśnicy zazdrościliby mnie tego dostojeństwa. Mama była dla mnie zaraz po Bogu. Urodziła mnie w 40 roku życia. Opowiadały mi starsze siostry, że płakała chodząc ze mną w ciąży. Rozbudzone uczuciem jej serce przenosiło na moją zawiązującą się korę mózgową przedziwnie dobre impulsy. Już jako kilkuletnie dziecko odróżniałem się od rówieśników przede wszystkim wrażliwością na otaczającą przyrodę i ludzką biedę.
Nie mogłem wyrosnąć z dzieciństwa – wyfrunąć w owad dojrzały z tej cudownej larwy, jaką ono było. Biedna przedwojenna wieś podlaska, cieszyła się wtedy odzyskaną niepodległością. Organizowała się. Powstawały szkoły powszechne, spółdzielnie mleczarskie, ochotnicze straże pożarne. Były manewry naszych ułanów. Konie, lance, chorągiewki. To wszystko zapierało dech w piersiach dziecka. Pory roku przechodziły jedna w drugą. Piękna, soczysta nadbużańska przyroda była rajem dla roślin i zwierząt. Wiosną wszystko było nowe – kaczeńce nad jeziorem, czaple nad Bugiem, czajki nad łąkami, zające i sarny na polach niepłochliwe, towarzyszące ludziom w pracy, a nawet nam dzieciom idącym do szkoły. Wspominam to w wierszyku:
Moja wieś mała nad Bugiem leży,
na skraju lasu, pola i łąki.
Gdy byłem dzieckiem, to ileż przeżyć
doznałem tutaj! Stąd te skowronki,
szpaki, bociany, czajki i kosy,
jaskółki - całe to gwarne ptactwo
jeszcze mi dzisiaj jest za bogactwo,
jeszcze mam dalej jego nie dosyć.
Tu sarny obie - polna i leśna,
nie uciekały od nas swawolne.
Do szkoły z nami w pierwsze dni września
szły, lecz nie weszły, bo były wolne.
Potem dowiedziałem się, że św. Franciszek, zanim został świętym był synem bogatego kupca, nosił się modnie jak młodzieniec francuski. Aż tu nagle wszystko, co miał rozdał ubogim. Ku rozpaczy rodziców opuścił dom rodzinny. Odtąd wszystko, co spotkał po drodze było jego siostrą lub bratem - kamień, wilk, drzewo, rzeka, słońce - cała przyroda.
- Co się z nim stało? - pytali ci, którzy go znali. Kiedyś przyśnił mu się Pan Jezus, który prosił, by odbudował Jego podupadający Kościół. Franciszek pojął dosłownie prośbę Pana. Znalazł rozwalającą się świątynię i rozpoczął jej remont, ale mu to wszystko jakoś nie szło.
Już wtedy chciałem być św. Franciszkiem, ale nie spełniałem warunków. Nie miałem bogatych rodziców, tylko zwykłych rolników na 15-hektarowym gospodarstwie. Nie miałem, żadnego bogactwa, by je rozdać ubogim. Nasz kościół parafialny jeszcze nie miał stu lat, był prawie nowy, nie wymagał remontu. Została mi tylko możliwość nazwania zajęcy, krów, koni, jaskółek, tataraku, szczupaków w Bugu i całej przyrody siostrą i bratem. To mnie nic nie kosztowało, ale pociągnęło za sobą niedobre konsekwencje.
Wieśniaczki mojej mamie zaczęły dogryzać.
- Kumo, ten najmłodszy, to się wam nie udał!
A matka to wszystko zachowywała w tajemnicy, nie martwiła się, wiedziała swoje. Cieszyła się, bo już ze szkoły przynosiłem opowiadania o Raju, Kainie i Ablu, o potopie, Abrahamie i dwóch jego synach. Kiedyś spytałem nauczyciela na lekcji religii, dlaczego któryś z Apostołów nie był św. Franciszkiem - tym uczniem od ochrony przyrody? Odpowiedział: - Pan Jezus nauczał tylko trzy lata, czyli bardzo krótko, ponadto nauczał tylko Żydów - swoich rodaków, choć mówił, że ma jeszcze owce w innych owczarniach. Dopiero w jakiś czas po swym zmartwychwstaniu powołał św. Pawła i nakazał mu głosić Ewangelię innym narodom, czyli poganom, a jeszcze sporo później powołał św. Franciszka - apostoła już nie tylko ludzi, a roślin, zwierząt i materii nieożywionej, jak np. kamieni.
Moje dziesięcioletnie dzieciństwo (1929-39) wśród licznej, kochającej się rodziny, w atmosferze i tradycjach patriotycznych, chrześcijańskich, w pięknych nieskażonych okolicach, pozostawało dla mnie niebem na ziemi. A potem powoli następowało piekło z przebłyskami nadziei wyjścia z niego. Przyszła okupacja, po naszej stronie Bugu niemiecka, po drugiej - sowiecka. Obaj okupanci mieli ten sam do nas żal, że jesteśmy Polakami. Nieopodal, 10 km od naszej wioski, w niemieckim obozie zagłady, w Treblince płonęły zwłoki Żydów. Szła śmierć przez Podlasie. Jednak życie pulsowało, choćby w lesie i na tajnych kompletach, gdzie przerabiano materiał średniej szkoły. Potem przyszło wyzwolenie, ale nie dla naszych wschodnich regionów. Represje ze strony NKWD i UB były niekiedy okrutniejsze od gestapowskich.
Tajne komplety wyszły z podziemia. Dały początek słynnemu ogólnokształcącemu gimnazjum samorządowemu, które zajęło pałac Krasińskich w Sterdyni - niewielkiej osadzie w powiecie sokołowskim. Uczniowie rekrutowali się z miejscowych rodzin chłopskich tak, jak sam dyrektor szkoły - Franciszek Krysiak, prawnik z wykształcenia i kadra nauczycielska. Byłem uczniem tego gimnazjum, które realizowało program przedwojennej szkoły średniej. Czciliśmy święta narodowe, czwórkami chodziliśmy na msze. Mięliśmy w szkole własny teatr, gazetkę ścienną, sklepik duński, czyli samoobsługowy, no i Koło Wzajemnej Pomocy, coś na wzór Wileńskich Filomatów i Filaretów, którego członkowie - zdolniejsi uczniowie uczyli słabeuszy.
W tym czasie następowały masowe wywózki przedstawicieli miejscowej inteligencji za Ural do kopalń, gdzie więźniowie wydobywali złoto w pozycji leżącej, bo jego złoża stanowiły cienkie warstwy. W tej sytuacji na nowo powstało silne podziemie z dawnych żołnierzy AK. Podlasie znalazło się w ogniu wojny domowej lub stanu wojennego. NKWD i UB prześladowały dyrektora gimnazjum i nauczycieli. Co jakiś czas brali ich na przesłuchania. Filareci i Filomaci zmienili program działania na akcję propagandową, piętnującą komunistów, jak nazywali wtedy wszystkich współpracujących z NKWD i UB. Odgrażali się nocą po wioskach konfidentom, że źle skończą, jeśli się nie opamiętają.
Mimo wszystko nauka trwała od półrocza do półrocza.
W pierwszej klasie młodsi przerabiali Kwiatki Świętego Franciszka - zbiór 53 krótkich opowiadań o jego życiu, utkanych ze zdarzeń historycznych Świętego, ubarwionych legendą. Miłość do Boga, człowieka i przyrody, życie według Ewangelii wypełnione miłosierdziem i ubóstwem, to główne cele zawarte w Kwiatkach. Napisał je po łacinie Ugolino Montegiorgio. Ktoś przetłumaczył je na język włoski, a na polski dopiero w 1910 r Leopold Staff. Miałem w pierwszej klasie gimnazjum sympatyjkę, którą douczałem w zakresie prawie wszystkich przedmiotów. Przerobiłem też z nią Kwiatki św. Franciszka.
W 1950 r aresztowało UB wszystkich Filaretów i Filomatów, do których i ja należałem. Najmłodsze koleżanki miały wówczas po 16 lat. Mimo gróźb z naszej strony, nie dokonywaliśmy żadnych mokrych robót na kapusiach. Przyznaliśmy się do wszystkiego. Nie żałowaliśmy. Twierdziliśmy, że robiliśmy to dla dobra Ojczyzny. Nie będę opisywał metod stosowanych podczas przesłuchań. Opiszę tylko pewną moja rolę rekolekcjonisty w tym areszcie w Sokołowie Podlaskim.
Siedziałem ze starymi rolnikami z sąsiednich wiosek, którzy sympatyzowali z tymi w lesie - żołnierzami Huzara. Byli załamani. Mieli ogromny żal do Pana Boga, że nie ochronił ich przed komunistami, wrogami Kościoła i Ojczyzny. Mówili do mnie: - Wytłumacz, bo byłeś w szkole i jesteś mądrzejszy od nas, czy to jest sprawiedliwie ze strony Pana Boga? Modliłem się nocami:
- Święty Franciszku, mój Patronie i Imienniku, udziel mi rozumu, bo jestem bezsilny! Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze... oświeć mnie, bo jestem w potrzebie. Dzisiaj, z dużej odległości czasu, potwierdzam, że Obaj mi wtedy pomogli.
W 1955 r wyrok 10 lat więzienia już przepołowiłem. Odbyłem 51/2 roku, równe 2000 dni. Duch Święty i św. Franciszek pomogli mi w 2001 dniu wyjść na wolność. Choroba, na którą od dwóch lat do tego stopnia wyniszczyła mój organizm, że władze tiuremne, żebym im nie umarł, same wystąpiły do władz PRL o wydanie rodzinie więźnia - prawie trupa. Było to w październiku. Matka w kościele przed figurką św. Franciszka z Asyżu, wręcz powiedziała:
- Miej litość nad moim synem!
4 października 1955 r. w dniu mego Patrona do celi więziennego szpitala wszedł klawisz.
- Jak wy się nazywacie? - spytał.
- Tak i tak! - odpowiedziałem.
- Zabierajcie ciuchy, wychodzicie na wolność!
Na 500-lecie mojej parafii w Ceranowie wydałem w zeszłym roku tomik wierszy. W jednym z nich są o tym dwie zwrotki:
Matka w tym Ceranowie,
ta tercyjarska mniszka,
wyprosiła mi zdrowie
u Świętego Franciszka.
Duch nadziei ją owiał,
gdy wzniosła w niebo ręce
i oprócz mego zdrowia
wyprosiła coś więcej.
Kurowałem się w rodzinnej chacie prawie dwa lata. W tym czasie eksternistycznie zrobiłem maturę. Komuna zniszczyła nasze gospodarstwo, bo wieś nie chciała założyć spółdzielni produkcyjnej. Były tylko dwie krowy, obie chore. Co robić dalej? W nocy przyśnił mi się św. Franciszek z chorągwi w kościele. Niósł Dzieciątko, ale jeszcze prowadził nasze dwie chude krowy.
- Mamo, pójdę na weterynarię!
- Dobrze, synu, wierzę, że się dostaniesz i dasz sobie radę!
Zdałem. Łacinę, która jest też językiem liturgicznym medycyny, miałem w jednym palcu, znałem ją z gimnazjum, więc w nazwach anatomicznych wyrażanych w tym języku byłem jak Cycero. Już byłem na trzecim roku, aż tu nagle siły zaczęły wysychać jak soki ze ściętej rośliny. Choroba płuc mocno zaawansowana! Sanatorium w Zakopanem! Jeden, drugi, trzeci... wreszcie trzynasty miesiąc - nie ma poprawy. Konieczny zabieg chirurgiczny. Tak, za dwa tygodnie. Zataiłem przed matką, ale koledzy wydali jej mój stan. Mama napisała list.
- Wiem wszystko. Nie martw się! Byłam w Ceranowie u św. Franciszka. Obiecał pomóc!
Minęły dwa tygodnie. Jeszcze raz pod rentgen. Płuca czyste. Wróciłem na studia ze zdrowiem i szczęściem, którym było poznanie młodej nauczycielki z sąsiedniego sanatorium - Jadwigi, która od 45 lat jest mi żoną.
Gdy jeszcze przed aresztowaniem byłem uczniem gimnazjum, bardzo polubiłem poezję Adama Mickiewicza. Sam próbowałem pisać wiersze do gazetki ściennej, oraz wpisywać się do pamiętników koleżanek. Szło mi to opornie. Moje wiersze były kiepskie. Modliłem się w kościele do św. Franciszka i do Ducha Świętego.
- Wstrząśnijcie mną jak butelką, by moje serce doznało wrażeń, tych podniet, które miał Mickiewicz, którego zdradziła niewierna Maryla, którego prześladowali carscy żołdacy, który potem był itd., itd. Po latach, gdy wróciłem z Zakopanego, skonstatowałem, że Oni wysłuchali mnie wtedy, bo właściwie wszystko otrzymałem od losu, co miał Mickiewicz. Miałem też niewierną Marylkę, którą poduczałem w zakresie wszystkich przedmiotów i czytałem Kwiatki św. Franciszka, miałem katorgę itd. A teraz uciszyło się morze, po którym płynęła moja łódź. Wyniki studiowania były dobre. Już na czwartym roku studiów Profesor Kazimierz Krysiak - Kierownik Katedry Anatomii Zwierząt Wydziału Weterynaryjnego SGGW w Warszawie zaproponował mi pracę w swojej katedrze.
Kilkanaście wysłanych wierszy do Misia, redaktor Czesław Janczarski, poeta o niebieskich oczach i anielskim sercu, pochwalił i zaczął drukować.
- Jesteś Franciszkiem - powiedział do mnie - więc jak twój patron, zajmij się w swej twórczości zwierzętami. Oprócz iskierki Bożej masz naukowe podstawy, by w bajkach nie zniekształcać obrazu przyrody.
Skończyłem studia. Zostałem asystentem we wspomnianej Katedrze, w której przeszedłem wszystkie stopnie naukowe i tytuły aż do profesora zwyczajnego. Wydałem przeszło 60 prac naukowych o znaczeniu międzynarodowym i przeszło 200 popularno-naukowych. Jestem jednym z niewielu anatomów zajmujących się budową ciała żubra - naszego, po orle, herbowego zwierzęcia. W ciągu 40 lat pracy wykształciłem całe zastępy lekarzy weterynarii.
Sercem i duszą zostałem dalej dzieckiem w moim przedwojennym dziesięcioleciu, w którym wciąż odkrywam skarbiec tematów bajecznych związanych z tamtą przyrodą, zwyczajami i obrzędami moich ziomków. Wsparty Duchem Świętym poza głównym zawodem zacząłem wydawać wiersze i książki dla najmłodszych. Byłem w licznych szkołach i przedszkolach. Nosiłem w kieszeni plastelinę, z której na prosektorium lepiłem studentom zawiłą w kształtach okrężnicę wielką konia i zaraz z tej samej plasteliny lepiłem w przedszkolu żubry, konie, dinozaury.
Dziś czuję się spełnionym człowiekiem na tym świecie. Opatrzność dała mi wszystko, o co prosiłem, a imienia, które noszę, które mi zostało dane jako życiowy plan działania, starałem się nie pobrudzić.
Ps. Prawie każdy poeta jest trochę pusty, być może i ja. Na dowód tego, Szanownym Franciszkom - Współautorom dedykuję moje dwa dziecinne wierszyki z rodzaju Exegi monumentum:
Rzekła liszka do widliszka
Rzekła liszka do widliszka:
-W kalendarzu dziś Franciszka,
tego co miał dom w Asyżu,
tego co miał las w pobliżu,
tego, który razy kilka
mówił do strasznego wilka,
że nie trzeba być złym zwierzem,
tego, co umacniał w wierze,
że przyroda jest nam siostrą,
z którą mile, a nie ostro
postępować zawsze trzeba.
Spytał liszkę ten widliszek,
czy to prawda, że Franciszek
poszedł za to wprost do nieba?
Powiedziała liszka w maju:
„Ufaj zawsze temu hasłu:
Nie dostaniesz się do raju
jeśli nie masz dobrych zasług”.
Jeszcze spytał ów widliszek:
- Czy gdy ktoś wierszyki pisze
o przyrodzie mile, czule,
o zwierzętach i w ogóle,
będzie w niebie w pierwszym rzędzie?
- Oczywiście! - rzekła liszka.
Rzekł widliszek: - Znam Franciszka,
co na pewno w niebie będzie.
Pewien starszy pan Franciszek
Pewien starszy pan Franciszek
poważanie ma u myszek,
bo nie stawia im pułapek,
bo nie sypie dla nich trutek,
bo nie łapie ich dla łapek -
takich ze skór mysich futer,
bo uważa, że za duży
jest kot w walce z małą myszą.
Świat powinien się oburzyć,
znając to i o tym słysząc.
Pewien starszy pan Franciszek
raz na działkę swoją przyszedł.
Patrzy, myszy klomb mu pielą.
Patrzy, kret się myszy przeląkł.
Patrzy, myszy badylarki
gąsienice i poczwarki
zajadają jak kiełbaski
i czekają na oklaski.
Pewien starszy pan Franciszek
nieraz dzieciom bajki pisze.
Rymy mu przynoszą myszy.
Strzegą tej tajemnej ciszy,
gdy ma pomysł i natchnienie,
gdy w nim dziwna moc się zbiera,
gdy się umie w bajkę przenieść.
tak jak teraz.
NOTA BIOGRAFICZNA O AUTORZE
Franciszek Kobryńczuk – profesor zwyczajny w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, członek Związku Literatów Polskich, urodził się 13 listopada 1929 r w Długich Grzymkach, nad Bugiem, w powiecie Sokołów Podlaski. W latach 1946-50 był uczniem Samorządowego Gimnazjum Ogólnokształcącego w Sterdyni, gdzie od 1948 do 1950 r należał do tajnej, młodzieżowej organizacji niepodległościowej, mającej kontakt z podziemiem poakowskim. Po dekonspiracji związku, został skazany na wyrok długoletniego więzienia, którego większą część odbył w latach 1950-55. Po obaleniu reżimu komunistycznego, wydany na niego wyrok został sądownie unieważniony, a on sam otrzymał status weterana walk o niepodległość Polski.
Jest absolwentem Wydziału Weterynaryjnego SGGW. W 1962 r rozpoczął pracę w Katedrze Anatomii Zwierząt kierowanej przez profesora Kazimierza Krysiaka. Tu w ciągu przeszło 40 lat zdobył wszystkie stopnie i tytuły naukowe. W latach 1994-2000 sprawował funkcję kierownika tej Katedry. Był nauczycielem akademickim i wychowawcą wielu roczników lekarzy weterynarii. Do dziś pozostał dociekliwym badaczem, zajmującym się głównie anatomią żubra. Prace z tego zakresu stały się podstawą do uzyskania doktoratu, habilitacji i tytułu profesora zwyczajnego. Wydał blisko 70 prac poświęconych anatomii zwierząt. Ostatnie dwie, dotyczące czaszek żubrów białowieskich, wraz ze współautorami: prof. dr hab. Małgorzatą Krasińską z Zakładu Badania Ssaków w Białowieży i dr Tomaszem Szarą z rodzimej Katedry, opublikował w 2008 r w Ann. Zool. Fennici 45 (Finlandia). Poza pracami mającymi charakter rozpraw i monografii wydał blisko 200 artykułów popularno-naukowych.
Franciszek Kobryńczuk, jako poeta dla dzieci, zadebiutował w pisemku dla najmłodszych Miś w 1958 r wierszykiem Sowa. Przez następne lata współpracował również ze Świerszczykiem, Płomyczkiem, Płomykiem, Małym Apostołem. Napisał słowa do czterech piosenek dla dzieci. Jego opowiadania prozą i wierszem trafiły na karty podręczników szkolnych. Część twórczości dla dzieci i młodzieży jest zamieszczona na stronach internetowych: www.fk-wiersze.webpark.pl/poeta.html i www.ewa.bicom.pl/wierszedzieci/ .
Napisał blisko 30 książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Wydane w ostatnim dziesięcioleciu to: Białowieski skrzat królewski (1999), Nad kołyską skrzatów (2004) Monieckie baśnie (2005, 2006 i 2008 – przekład na język hiszpański), Zabłudowskie baśnie (2006), Nadbiebrzańskie robaczki (2007), Dębowe opowieści (2007), O pięknej Oksanie i jej rycerzu (2008), a także w wersji elektronicznej, poświęcony Ojcu Świętemu - Jesienny poemat (2006) i Pieśń o Matce Bożej Kodeńskiej (2007) oraz w roku (2008) Powroty do gniazda – tomik poświęcony Jubileuszowi 500-lecia Parafii Ceranów i 100-lecia śmierci Ludwika Górskiego i Wesołe Nadbuże (2008).
Oboje z żoną Jadwigą byli członkami Społecznego Komitetu Utworzenia Muzeum i Budowy Pomnika Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego - Prymasa Polski - w Zuzeli.
not. Brygida Grysiak
